AKTUALNOŚCI !!!

piątek, 20 marca 2015

Piórniki ZIPIT

Czyli przyjemność w przechowywaniu :) 

W tym tygodniu będzie taki krótki post o takiej fajnej ale mniej tutorialowej rzeczy. Jako, że jestem po drobnym zabiegu chirurgicznym, i jestem nim bardzo zaaferowana, zwyczajnie postanowiłam sobie zrobić wolne :) I dlatego dzisiaj chciałbym się z Wami podzielić ciekawym miejscem pochówku kredek :P - piórnikiem zwanym Zipit. 
Piórniki Zipit są na tyle charakterystyczne, że przejście osoby skłonnej do dziwactw ( czyli mnie ) obok takiego czegoś mija się z wszelkimi ramami rozsądku - zwyczajnie chce się to mieć, nie zważając na wszelkie przeszkody.  Tylko, że przeszkód nie ma żadnych bo piórniki drogie nie są a i dostępność ich jest bardzo szeroka. Wystarczy wpisać w przeglądarkę " piórniki Zipit" i już mamy tysiące sklepów internetowych, które oferują nam piórniczki o różnych wielkościach, kolorach, minach itd. 
A teraz trochę o piórniczku. 
Są one dostępne w wersji standardowej albo w wersji JUMBO - czyli takiej duuuużej. Ja mam tą wersję duuuużą. I muszę przyznać, że ma sporą pojemność, a co za tym idzie można ładować ile wlezie. 
Dodatkowym urozmaiceniem są różne kolory i wzory. Ja mam taki z zepsutymi zębami ( srebrne ), ale są i takie ze zdrowymi ( białe ), a nawet z różnym spojrzeniem, czy w postaci żaby, a nawet króliczka. 




Piórniki Zipit mają to do siebie, że są strasznymi gryzoniami i lubią wszelkie przybory...ohm...nom...nom... Dodatkowo to swoiste spojrzenie wywiera wielki uśmiech na mojej twarzy i aż przyjemniej do niego sięgać po przybory rysunkowe. Żałuję, że gdy chodziłam do szkoły, takich piórników nie było. Gdyby były, to zapewne kupiłabym taki w pierwszej kolejności i nie rozstawałabym się z nim na krok, zwłaszcza na lekcjach matematyki :P 



Poza tym, że piórnik jest lekki sam w sobie, jest wykonany z jednego, długiego zasuwaka i dlatego też można go spokojnie wyprać gdy się zabrudzi, jak i rozwinąć na jeden cienki paseczek, ot tak, dla zabawy. Innymi słowy brutalnie pozbawiamy naszego piórnika ciała.


A jaka jest cena takiego piórnika ? To różnie, w zależności od sklepu, rozmiaru, czy rodzaju. Przeważnie cena waha się między 10 a 30 zł, więc nie jest tragicznie.
Czy piórnik jest obciachowy ? HAHAHA jasne że....nie. Tym bardziej, że bycie dorosłym mnie nudzi i lubię poszaleć z mniej poważnymi elementami mojej starczej egzystencji. A jeśli ktoś jest zakręcony i lubi się otaczać niezwykłymi rzeczami, to na pewno nie powstydzi się takiego "przybornika". A wy ? Macie jakieś swoje ulubione przyborniki ? Chwytające za serce swoim spojrzeniem, tudzież przerażające swoim przedziwnym kształtem ? :) 


piątek, 13 marca 2015

Farby Akrylowe Campus by Raphael

Akrylowa bomba kolorystyczna

Witam wszystkich ciepło i słonecznie. U mnie co prawda deszczowo i nieprzyjemnie ale kto by się tam przejmował takimi szczegółami. Zwłaszcza kiedy można zaszyć się w domowym kąciku i zająć własną pasją :) 
W takim właśnie dniu przygotowałam drobną recenzję farb akrylowych. Dzięki Sklepowi Plastycznemu GraArt, ponownie miałam możliwość wypróbowania produktu firmy Campus by Raphael i jeśli mam być szczera, spodziewałam się pozytywnych efektów pracy. Tym bardziej, biorąc pod uwagę sukcesy wypływające ze współpracy z innymi produktami tej firmy, nie mogło być inaczej. 
Do wypróbowania miałam zestaw 24 kolorów, czyli taki idealny dla mojej skromnej osoby, bo jak wiecie, bardzo lubię taką ilość elementów jeżeli chodzi o jakiekolwiek zestawy. A poniższy bardzo mnie zachwycił, zwłaszcza kolorystycznie, co przełożyło się oczywiście na pracę, ponieważ tylu obrazów akrylowych jeszcze nigdy nie udało mi się wykonać po rząd ( zazwyczaj miewam tak z olejami ). A powstały sztuki trzy. Czyli jeżeli chodzi o mnie i moje stosunki z farbami akrylowymi to i tak jest bardzo dużo. Nie mniej jednak nie zamierzam poprzestać na tych trzech, bo pomysłów na nowe mam sporo a z farbami współpracowało mi się bardzo dobrze. 



  • Opakowanie ogólne, tak jak widać na zdjęciu - wszystko na swoim miejscu, ładnie ułożone i dosyć spore bo mierzy sobie około 38 x 21 cm. 
  • Przede wszystkim kolory są na prawdę bardzo ładne i wyraziste. Pojemność takiej tubeczki wynosi 21 ml, czyli nieco więcej od małej tubeczki Renesansu. 
  • Opakowania tubek bardzo estetyczne i wygodne w użyciu. Zakrętki łatwo się odkręca i zakręca, a co więcej nie przyklejają się one wraz z farbą do tubki. 




  • Farby po wyciśnięciu są soczyste i aż proszą się aby je użyć. Tak też zrobiłam. Wykonałam również test - porównałam konsystencję farb z tymi, których do tej pory używałam czyli z Renesansem, Maries i Maimeri. Podczas gdy Renesans okazał się być najgęstszy, Maries okazał się być najbardziej wodnisty i rozlany, a Maimeri i Campusy mniej więcej w podobnej konsystencji, znalazły się pomiędzy pierwszym a drugim. 
    Tak więc Campusy okazały się mieć lekką konsystencję, co pozwoliło mi na malowanie i mieszanie farb bez użycia wody czy dodatkowego medium. 
  • Kolory niczym nie różnią się po wyciśnięciu od tego, co widać na opakowaniu, ponieważ ta część tubki jest przeźroczysta, więc mamy przed oczami własciwy kolor farby. 

  • Przede wszystkim farby nie śmierdzą i nawet jeżeli użyjemy medium do akryli, nie unoszą się żadne nieprzyjemne zapachy w powietrzu, które mogłyby nas przyprawiać o ból głowy. Tak więc są na pewno bezpieczne dla wszędobylskich podopiecznych, o których starsze, artystyczne osobniki mogłyby się martwić. 
  • Dobrze współpracują z pędzlami syntetycznymi, którymi oczywiście malowałam. Przy szczecinowych miałam lekkie obiekcje ponieważ uważam, że farby  rzadszej konsystencji wymagają pędzli o delikatniejszym włosiu. Choć i tak ostatecznie wszystko jest kwestią gustu. 
  • Kolory ładnie się ze sobą mieszają i nie miałam żadnych z tym problemów. 
  • Niestety trzeba dodatkowo pomyśleć o zapasach białego koloru, który bardzo szybko znika. Ale to jest niestety cechą wszystkich małych tubek z białą farbą. Dlatego zawsze, kiedy zamierzam malować, kupuję białą tubkę osobno, przynajmniej 200 ml. Bo wiem, że wystarczy na długo i nie będę musiała biegać ciągle do sklepu i uzupełniać zapasów. 
    Natomiast biała z zestawu wystarczyła mi do trzech niewielkich obrazów więc i tak jest nieźle. W dodatku jeszcze coś zostało, więc może i udałoby mi się zamalować czwarte płótno.  ;) 
  • Ciężko mi także wypowiadać się na temat wydajności, ponieważ u każdego będzie ona inna. Każdy obraz, który malujemy ma inną kolorystykę i każdy z nas używa mniej lub więcej farby w zależności od swoich indywidualnych potrzeb. Natomiast w moim przypadku uznałam, że wydajność jest dosyć dobra. Najwięcej ubyło mi różu weneckiego i ...oczywiście, że bieli, co nie ulega wątpliwościom.  
  • Schną bardzo szybko, czyli tak jak powinny schnąć akryle. Dla osób chcących nieco opóźnić ten proces, polecam zastosować medium opóźniające schnięcie. Będę o nim pisać osobno, bo na prawdę warto wziąć go pod uwagę. 
No i tak poza tym wszystkim a szczególnie faktem, że nie jestem fanką szybkiego malowania - co jest niestety domeną akryli - farby zdały u mnie na piątkę. Bo jakby na to nie patrzeć, jeszcze nigdy nie udało mi się namalować aż trzech obrazów pod rząd akrylami ( ten trzeci pół na pół z olejami :p ) . I nawet pomimo tego, że nie przepadam za akrylami w ogóle, pracowało mi się nimi bardzo dobrze i z przyjemnością. 





piątek, 6 marca 2015

Jak rysować zarost i wąsy ołówkiem ?

Czyli coś na temat panów :) 

Witam wszystkich serdecznie ! Na dzisiaj przygotowałam dla was tutorial. Skromny, bo skromny ale jest i przede wszystkim przedstawia on moją metodę, szybkiego radzenia sobie z wąsami i zarostem. Oczywiście, że wiele zależy od indywidualnych preferencji oraz dokładności, nie mniej jednak z tą metodą możecie zacząć swoją przygodę z włoskami na twarzy, tudzież potraktować ją jako metodę wyjściową i z czasem udoskonalać po swojemu. Zresztą tak jest z wszystkimi poradami, których udzielam. Nie chcę do końca dawać Wam gotowego rozwiązania, ale możliwość na rozpoczęcie własnego i pobudzenie Was do indywidualnej kreatywności. ;) Jak wiadomo każdy musi znaleźć własną ścieżkę, dzięki której będzie się odróżniał od innych. A taką ścieżkę niestety każdy z nas  tworzy sam, w oparciu o własne wzloty i upadki, próby i błędy. 
Przechodząc do rzeczy - mój sposób na rozpoczęcie przygody z owłosieniem, jest dosyć szybki i prosty, a zastosowałam go przy portrecie osoby, którą za pewne, każdy z Was zna. Tak więc na twarzy Jacka Sparrowa było tyle wąsów i zarostu ile było, ale musicie brać pod uwagę. że każda twarz jest inna. Owłosienie na każdej twarzy wygląda inaczej, jest inaczej rozlane, tudzież posiada różną długość. Grunt to dobra obserwacja tego, co rysujecie i zwyczajne zróżnicowanie długości śladów ołówkowych, które stawiacie. Bacznie obserwujcie szczegóły, które przedstawiają się następująco... 

Wąsy


 Przede wszystkim musimy zacząć od przygotowania sobie rysunku twarzy. Dobrze jest wziąć pod uwagę również cały światłocień i jak on rozlewa się na skórze. Nie musi być on przygotowany w stu procentach ale przynajmniej w takim stopniu aby tworzył dla nas dobry podkład pod włosy. 
Na tak przygotowana skórę zaczynamy nakładanie linii. Jeżeli chodzi o wąsy te linie muszą być nieco dłuższe. Stawiamy je od góry ku dołowi lub od dołu ku górze. Najlepiej aby linie te wyginały się w delikatne łuki i nachodziły na siebie, tak jak pokazują czerwone strzałki. Łuki mogą wyginać się w różne kierunki ale linie kierujemy zawsze w dół lub w górę. 
Im więcej nałożonych linii, tym gęstsze będą wąsy. Im mniej tym będą rzadsze. 
Dodatkowo istotny jest docisk ręki i ołówka do papieru. Im większy, tym mocniejsze i wyraziste będą linie, im lżejszy, tym wąsy będą delikatniej zarysowane. Przekłada się to również na światłocień. Czyli jeżeli nałożymy dużą ilość linii ale delikatniej, wąsy wydadzą się jaśniejsze. Jeżeli dociśniemy ołówek, będą ciemniejsze. Warto zastosować tą metodę tam, gdzie wyraźnie widać kontrasty światła i cienia. 


Jeżeli długość wąsów tego wymaga, warto najechać liniami na usta, ale wiadomo, że nie każdy wąsik jest tak długi ;) 
Dodatkowo warto włos zaznaczyć delikatniej tam, skąd wyrasta. Dlatego w takim przypadku dobrze jest kierować ołówek od środka wąsów, ku górze. W ten sposób linia włosa kierująca się ku skórze będzie coraz cieńsza i będzie wyglądać naturalnie. To samo robimy z dolną częścią wąsów, która nachodzi na usta, lub nie jest równo przycięta, tak jak w tym przypadku. Wtedy kierujemy kreski od środka wąsów ku dołowi. Spójrzcie na strzałki :)

Zarost


Zarost, w przeciwieństwie do wąsów, jest krótszy. Dlatego długość stawianych linii również powinna być znacznie krótsza. Stawiamy je na zasadzie króciutkich pociągnięć. Im gęstszy zarost, tym więcej kresek, im rzadszy, tym mniej. Zazwyczaj gdy kierujemy się ku centralnej części twarzy, zarost jest coraz słabiej widoczny a im bliżej szczęki lub krawędzi twarzy, tym mocniej zarysowany. Jednak nie ma na to reguły. Wszystko zależy od genetycznych uwarunkować każdego z naszych modeli a także ustawienia twarzy i zdjęcia ;)


No i ostatecznie efekt wygląda w ten sposób. Więcej tu wąsów, niż zarostu jako takiego, ale jest niezaprzeczalnie i tego się trzymajmy ;) 


Na dzisiaj tyle. A na raz następny przygotuję mała recenzję. No i nie mogę pominąć faktu, iż kupiłam nowe kredki akwarelowe i wkrótce powinny się pojawić posty na ten temat ;)





poniedziałek, 23 lutego 2015

Oleje vs Akryle

Czyli moja mała konfrontacja :)

Witam Was Miśki ! Dzisiaj będzie nieco malarsko, jako że przez cały ostatni tydzień zabsorbowana byłam malowaniem i wypróbowywaniem własnych sił na płótnie po długiej przerwie. Dzisiaj chciałabym podzielić się z Wami moimi doświadczeniami, nerwami, stresami i co w ogóle z tego wynikło...a co nie. No i uzasadnić nieco aspekt własnego lenistwa pod kątem aktywności blogowej bo zapewne czekaliście na posta a tu nic. 
Zanim jednak dojdę do wszystkiego, chciałabym Was zapoznać z nowym członkiem zespołu - Fizgigiem. Fizgig od dzisiaj stał się strażnikiem blogowej frekwencji a znajdziecie go w lewej kolumnie na samym dole przy ...blogowej frekwencji. :P
Postanowiłam również, tak dla zabawy, wprowadzić zwyczaj rozdawania cukierków - czyli takie odznaczenia, które będziecie mogli sobie wstawić na własną stronę, czy bloga w formie nagrody " za coś", na przykład za "zgaduj zgadula". Tak dokładnie jeszcze nie wiem za co, ale z czasem się na pewno wymyśli. Przykład cukiereczka, który jest tylko na pokaz bo animowany oryginał rozdaję indywidualnie, macie po prawej stronie. :)

A teraz przejdźmy do konkretów. Jak już wspominałam cały ostatni tydzień miałam na głowie - w przenośni i dosłownie - farby. Co z tego wynikło ? Dosyć sporo ponieważ lepiej wyrobiłam sobie opinię o tym, co tak na prawdę cenię sobie w farbach i jaką formę pracy lubię, nad czym rzadko się zastanawiałam aż do teraz. Jak sam tytuł wskazuje, będę pisać o olejach i akrylach o ich wadach i zaletach, i czy są fajne i czy nie. A tak na dobrą sprawę o tym, czym powinniśmy się kierować kupując i wybierając nasze pierwsze farby. Nie będę trącała o markę czy firmę, bo nie o to tutaj chodzi, zresztą poświęcam na to osobne posty. Bardziej zajmuje mnie kwestia metody pracy i powiązania z farbami naszego charakteru, co uznałam ostatnio za dosyć istotną. Zamierzam również napomknąć o współpracy jaka nawiązała się między jednymi a drugimi farbami i jak to się zakończyło.

Farby Olejne

  • Zacznę od farb olejnych. Jak sama nazwa wskazuje farby są tłuste, gęste i rozrabiamy je za pomocą oleju lnianego tudzież terpentyny. 
  • I wszystko byłoby super gdyby nie fakt, że farby te schną mega wolno, co czasem potrafi zabić wszelkie nadzieje na zakończenie obrazu i wyparować z nas całą wenę malarską. Tak, to nie są farby dla osób niecierpliwych i lubiących działać szybko a także szybko oczekujących na efekty. Mnie też to czasem irytuje, ale nauczyłam sobie z tym radzić. Zresztą metoda pracy i komfort czasowy, jaki dają mi te farby, wynagradza mi wszelkie cierpienia związane ze schnięciem. 
  • Jestem z natury cierpliwa i stawiam na dokładną i wolną pracę, podczas której można odejść, popatrzeć, i poprawiać (  ile wlezie ) jeden fragment, dopóki nie będzie spełniał moich oczekiwań. To właśnie dają mi oleje. Mogę obraz zacząć rano, zrobić przerwę w południe, kontynuować wieczorem i dokończyć dnia następnego bez zmartwień, że farby wyschną i nie będą się ze sobą mieszać na płótnie. Dodatkowo mogę wygładzać powierzchnię nałożonych farb, tak jak mi się podoba albo zostawić fakturę bez jakiegokolwiek pośpiechu. Już nie mówiąc o tych wszystkich "w międzyczasie", kiedy to trzeba iść coś zjeść, zrobić kawę, herbatę i pomyśleć nad dalszą kolorystyką. 
  • Dodatkowo media służące do rozrabiania farb, zwłaszcza terpentyna, mogą roztaczać nieprzyjemny zapach. Dlatego polecam terpentynę bezzapachową. Jest zdecydowanie lżejsza. Nie mniej jednak, zapach farb olejnych jest dosyć charakterystyczny i na pewno się od niego nie ucieknie. Ja lubię te zapachy i nie przeszkadzają mi one w ogóle, ale trzeba wziąć pod uwagę, że nie każdemu mogą odpowiadać. 
  • Podczas pracy można odłożyć ubrudzone pędzle do mycia nawet na koniec dnia, bez strachu, że farba wcześniej zaschnie.
  • Można je mieszać ze sobą również bezpośrednio na płótnie.
  • Jakościowo, mam wrażenie, że oleje są nieco bardziej soczystsze w przeciwieństwie do akryli. Prawdopodobnie właśnie przez ten olej, który jest ich głównym składnikiem.
Podsumowując dla mnie oleje - to czasowy komfort pracy.

Farby Akrylowe

  • Przede wszystkim malując akrylami nie musimy używać żadnych specjalnych mediów do rozrabiania farb. Zwykła woda wystarczy, ale jeśli ktoś ma ochotę jakiegoś użyć to proszę bardzo. 
  • Dodatkowo nie ma skutku ubocznego w postaci przedziwnych zapachów roztaczających się podczas pracy, bo nawet jeśli zastosujemy medium do rozrabiania farb to jest ono niewyczuwalne w powietrzu. 
  • Akryle są idealne dla osób, które lubią malować szybko, niecierpliwych, lubiących natychmiastowe efekty pracy. Jako, że akryle schną ekspresowo, jesteśmy w stanie zacząć obraz i tego samego dnia go skończyć, nawet z podmalówką ! To jest ogromna wygoda i nie mogę ukrywać, że i mnie ten plus zachwycił. 
  • Nie mniej jednak praca z akrylami przypominała mi pracę na wyścigi - szybko, teraz, zaraz, już. Czułam się jakby stał nad moją głową człowieczek z bacikiem i śmigał mi po palcach jak tylko zatrzymałam rękę. Dlatego też uznałam że farby te nie wpasowały się w mój charakter i moją metodę pracy. Bardzo odczułam to na szczegółowym wypełnianiu większych powierzchni, bądź wypełnianiu jednolitym kolorem i wygładzaniu .
  • Oczywiście aby opóźnić schnięcie farb akrylowych można zamiast wody zastosować medium opóźniające schnięcie, o którym będę jeszcze pisać osobno. Medium daje nam dodatkowy czas podczas pracy, dzięki czemu możemy nieco zwolnić. Jeżeli o mnie chodzi to było ono bardzo pomocne. 
  • Należy uważać na pędzle, których przestaniemy używać w trakcie pracy. Albo wkładać je od razu po użyciu do medium czy wody, albo myć od razu. Gorzej kiedy nie chcemy brudzić sobie wody jeszcze zdatnej do rozrabiania farb. Warto wtedy zaopatrzyć się w dodatkowy pojemnik na brudne pędzle. Jak zaschną może być problematycznie, a jak wiadomo akryle wysychają dosyć szybko. 
  • Mieszanie akryli bezpośrednio na płótnie bywa ryzykowne ze względu na szybki proces schnięcia, natomiast nie jest to niemożliwe. Wszystko zależy od rodzaju i techniki pracy.
  • Odniosłam wrażenie, że przy rozrabianiu farb z wodą, kolory tracą nieco soczystość. Wraca ona jednak wraz z użyciem medium opóźniającym schnięcie. Nie mniej jednak brakuje im trochę do olei.

    Podsumowując - to farby do szybkiego działania.

Współpraca techniczna i łączenie farb

No i tak jakby zestawić jedne farby z drugimi otrzymalibyśmy idealny produkt. Przyznam się szczerze, że nie raz miałam okazję łączyć jedno z drugim i efekty pracy były dosyć pozytywne. 
  • Przy nieudanych koncepcjach olejnych często zamalowywałam je białą farbą akrylową i  po wykonaniu świeżego szkicu, nanosiłam oleje na nowo. 
  • Dodatkowo parę razy wykonałam akrylową podmalówkę pod oleje ( wtedy gdy nie chciało mi się za bardzo czekać ).
    Tak więc takie łączenie techniczne na zasadzie nakładania pełnych warstw nie wpływa negatywnie na stan obrazu czy pracy. A przynajmniej jak do tej pory żadnych niedogodności nie odczułam.
  • Na pewno nie należy łączyć olei i akryli na tej samej warstwie ponieważ akryle a oleje to farby oróżnym składzie, charakterze i zwyczajnie nie będą chciały się ze sobą mieszać. Raz przez pomyłkę dodałam akryl do farby olejnej i wyszło mi coś paskudnego - nigdy więcej.  
Ostatnio jednak wpadłam przez przypadek na nową koncepcję i postanowiłam ją wprowadzić w życie. Głównie stało się to również przez przypadek. Jak już wspominałam wcześniej problematyczne okazało się dokładne wypełnianie akrylem większych powierzchni. Ledwie zaczęłam dopieszczać jeden fragment a już miałam wszystko suche. W efekcie czego zamiast gładko rozprowadzić farbę po powierzchni płótna z powrotem ją zbierałam, bo ta była już na wpół wyschnięta. Powstało mi takie oto bagienko, na widok którego miałam ochotę rwać włosy z głowy. Ale biorąc pod uwagę moją miłość do włosów w ogóle, naturalnie tego nie zrobiłam. 


No więc jak wybrnęłam z tej sytuacji ? Tło już skończone - akrylowe, bo planowałam malować obraz tylko akrylem,  a tu najważniejsza postać i już tak zeszpecona ? ! Absolutnie nie mogłam się na to zgodzić. Chwyciłam za szmatę, wytarłam co się dało, a resztę wygładziłam pędzlem z medium opóźniającym schnięcie, dzięki czemu uzyskałam gładką powierzchnię. Poczekałam aż wyschnie i zamieniłam akryle na oleje. No i tak jak się spodziewałam efekty były widoczne natychmiast - gładko rozprowadzona farba i wciąż umożliwiająca dalsze poprawki i dokładki kolorystyczne. Tak więc tło zostało akrylowe, postać natomiast została namalowana olejami, w efekcie czego wokół niej powstała tłusta obwódka, wynikająca z tego, że płótno zaczęło pić olej z farb, widoczna głównie pod światło.


Przypuszczam, że gdy farby wyschną wyschnie i ona, a po werniksowaniu nie będzie widoczna, natomiast jako że uznałam to za mój eksperyment, zaktualizuję tę informację za około  dwa, trzy miesiące. Zobaczymy co z tego wyjdzie. :)

Ostatecznie praca wygląda w ten sposób :


Wybór farb 

Teraz bardzo ważna kwestia dotycząca wyboru swoich pierwszych farb. Ciężko mi tu doradzać bo każdy z Was ma inne potrzeby i każdy jest inny. Przede wszystkim musicie zapytać sami siebie jaki macie charakter i czego oczekujecie od farb, a co za tym idzie, jakie efekty za ich pomocą chcecie uzyskać. 
Jeśli myślicie o olejach - zastanówcie się czy będziecie mieć cierpliwość i miejsce aby odstawić taką pracę do wyschnięcia w bezpiecznym miejscu i czy będziecie cierpliwie czekać na to, by dalej kontynuować pracę, nawet jeśli okaże się że będziecie mogli ją rozpocząć dopiero po dwóch, trzech tygodniach. Zawsze opcją jest malowanie alla prima - czyli bez podmalówki. 
Jeśli myślicie o akrylach zapytajcie siebie czy potraficie tak szybko śmigać pędzlem na gotowo bez wszelkich poprawek i wygładzania i czy macie to spontaniczne " coś ", którego ja niestety nie mam, a które przy akrylach jest dosyć istotne. 
Wybór każdy musi podjąć sam jednocześnie biorąc pod uwagę, że każde z farb mają swoje "widzi mi się" i każde wymagają innego podejścia. 

No i w sumie taki ni z gruszki ni z pietruszki ten post, ale mam  nadzieję, że dzięki niemu odpowiedziałam na wiele wątpliwości, które również i sama sobie rozwiałam :) Lubię oleje bo lubię wolniej pracować i napawać się przyjemnością z samego, długotrwałego, mazania pędzlem po płótnie. Pac, pac ...


czwartek, 12 lutego 2015

Kredki Colorino Kids

Do użytku czy przeżytku ? 

Witam was Dziubaski ! Ostatnio był tutorial więc teraz będzie recenzja. Skoro już lecimy z tym koksem na zmianę to niech tak zostanie do czasu, kiedy mi się nie znudzi. Tak więc parę dni temu miałam przyjemność wypróbowania nowych - innych kredek. Ci, którzy śledzą mnie na facebooku wiedzą, że tymi wybrańcami są Colorino Kids, które dorwałam przez przypadek w Tesco. Postanowiłam odpocząć od ukochanych Bic'ów i spróbować stworzyć coś innymi grafitami. Dzisiaj chciałabym podzielić się z Wami swoim spostrzeżeniami. Tak więc macie prawo zachować milczenie. Wszystko co powiecie może zostać użyte przeciwko Wam. Macie prawdo do adwokata bla, bla, bla....zabrzmiało groźnie, ale uwierzcie mi na słowo, że tak nie jest. :P
Bo tak na dobrą sprawę to nie są złe kredki ale mają i swoje minusy, zresztą jak każde. Zacznę może od opakowania. 
  • Kolorów 24, czyli taka optymalna ilość jaka mi jest potrzebna i na którą nigdy nie narzekam. Zresztą co tu ukrywać, gama kolorystyczna bardzo ładna i aż mi się zamieniło w oczach gdy na nią popatrzałam. 

  • Na tylnej części opakowania  mamy nakreśloną pełną gamę kolorystyczną, jaka znajduje się w opakowaniu. Innymi słowy - wszystkie kolory jakich potrzebuję do pracy...no może poza fioletem. Brakowało mi akurat tego odcienia, którego często używam ale zmieszałam jeden odcień z drugim i problem zniknął. 
  • W paczce także znajduje się róż wenecki (łososiowy/ cielisty ), co jest ogromnym plusem, ponieważ mając kolor podkładowy możemy, z pomocą całej reszty, śmigać portrety. 
  • Miłym dodatkiem jest również kolor złoty i srebrny.  Niestety w porównaniu do kredek Lyra Farb-Riese Colorinom brakuje nieco mocy zwłaszcza na kolorowym papierze. 

  • Bardzo charakterystyczny jest również kształt kredek. Nie są one bowiem okrągłe lecz trójkątne. Dzięki temu ponoć ma się je lepiej trzymać w ręce, choć ja żadnej różnicy nie poczułam. No...może czasem brakowało mi krągłości, ale nic poza tym.  ;)    
  • A teraz wróćmy do tylnej części opakowania i przeczytajmy jakimi zaletami szczycą się te kredki. Są : super miękkie ( super soft ), super mocne ( super strong ), łatwe do ostrzenia ( easy to sharpen ).  
A teraz to troszkę skoryguję. 
  • Miękkość - fakt kredki są bardzo fajne w użytkowaniu. Niestety nie są super miękkie, jak je chwali producent a po prostu miękkie. Mnie to wystarczyło w zupełności i również z pewnością wszystkim osobom lubiącym miękkie kredki. Jak wiecie jestem fanką twardszych grafitów ( dlatego lubię Bici ) ale i z miękkimi współpracuję. Z  Colorino czułam się natomiast jakbym oscylowała pomiędzy jednym światem a drugim. W każdym razie było przyjemnie -  łatwo się nimi rysuje i nie trzeba mocno dociskać do kartki.
  • Moc i Siła - ( zabrzmiało jak z reklamy szamponu do włosów :P ) Tu raczej w kontekście wytrzymałości. Przyznam szczerze, że nie bardzo jestem zadowolona. Być może trafiłam na wadliwą paczkę, czy też wadliwą serię przez przypadek i nie mam pojęcia jak to się stało, bo wygrzebywałam opakowanie z miejsca najmniej dotykanego przez klientów, jak to mam w swoim zwyczaju robić.  Tak czy siak, po raz pierwszy w życiu złamałam kredkę na pół podczas strugania O.o. Nie potrafię wyrazić swojego rozczarowania tym faktem, a jednocześnie zdumienia, bo jeszcze nigdy w życiu mi się to nie udało i sporą część winy pokładam w trójkątnym kształcie kredek. Złe ustawienie kredki, plus wadliwa sztuka ( a na pewno była, ale o tym za chwilę ) i poszło. Największy ból pojawił się w momencie kiedy uświadomiłam sobie, że to nowa i ledwie zużyta kredka. O.o W dodatku róż wenecki - kolor przeze mnie używany najczęściej. Tak więc musiałam sobie radzić ze świeżo upieczonymi ogarkami - aż przykro.
    Niestety jeśli chodzi o wytrzymałość grafitów, także się zawiodłam. Próbowałam różnych strugaczek ale kredki i tak się łamały, czy przy struganiu, czy przy rysowaniu. Zwłaszcza róż wenecki. Ten kolor sypał mi się, raz za razem, na przekór, jakby mi chciał na złość zrobić.
  • Łatwe do Ostrzenia - Z początku było ciężko biorąc pod uwagę trójkątny kształt. Potem gdy kredka się zaokrągliła na szpicu było znacznie łatwiej, jednak porowatość drewna ( nie umiem tego dokładnie określić - coś z tym drewnem było nie tak ) czasem blokowała mi ruchy i przy każdym struganiu byłam o krok od zawału, że znów poleci grafit.  

A teraz trochę na temat współpracy z kredkami i części praktycznej. 
  • O tym, że kredki są wystarczająco miękkie i że nie trzeba ich zbytnio dociskać już pisałam. Był to również główny powód, dla którego tak bardzo liczyłam na biały kolor. Jak wiecie często podczas pracy z kredkami używam białej kredki akwarelowej, ponieważ jest bardzo miękka i wyrazista. Liczyłam, że skoro Colorino są dosyć miękkie to nie będę musiała zużywać akwarelowej. Okazało się, że biała kredeczka jest miękka ale mało wyrazista, w efekcie czego i tak musiałam sięgnąć po Koh- I - Noora aby nadać połyskom bardziej intensywny odcień.
  • W dodatku miałam lekkie trudności z połączeniem ich z kredką akwarelową. Oczywiście udało się ale z lekkim wysiłkiem. Musiałam ją bardzo mocno dociskać.
  • Ogólnie kredeczki bardzo dobrze się ze sobą mieszają, chociaż nieco inaczej niż Bici i musiałam się zwyczajnie przestawić na inną jazdę. Myślę, że jest tak z wieloma przyborami. Każde wymagają innego podejścia i innej współpracy.
  • Czarna kredka jest dosyć mocna, więc nie musiałam stosować akwarelowego zamiennika. 
  • Cena za kredki - niewielka. Zapłaciłam niecałe 20,00 zł. 
I żeby nie być gołosłownym - poniżej efekt pracy z Colorino Kids. 


Tak więc ogólnie rzecz biorąc Colorino to miękkie kredki, z ładną gamą kolorystyczną. Pomijając już wszelkie techniczne minusy, jak kruchość ( która mogła być przypadkowa ), można nimi śmiało śmigać. Osobiście na pewno je wykorzystam w przyszłości do wielu prac. Jednak nadal pozostaję wierna Bic'om - moje gniotsja niełamiotsja :3. 


   

poniedziałek, 2 lutego 2015

Jak rysować ołówkiem odbicie w okularach przeciwsłonecznych ?

Czyli ołówkowe refleksje :) 

Witam Was moi kochani ! Po ostatniej recenzji pasteli olejnych Pentela nadszedł czas na tutorial. Ale tym razem przygotowałam coś na temat rysowania okularów przeciwsłonecznych, a konkretnie jak radzić sobie z odbiciem, które często się na nich pojawia. Nie jest to rzecz trudna ale wymaga sporo uwagi, umiejętności obserwacji a także operowania ołówkiem. Mam tu na myśli nie tylko sposób nakładania poszczególnych warstw ale także tworzenia delikatnych przejść pomiędzy światłem a cieniem - czyli delikatnego i mocniejszego dociśnięcia ołówka. Oczywiście te tematy już są na blogu od jakiegoś czasu, więc na wszelki wypadek je podlinkowałam. Ot tak, gdyby ktoś chciał sobie przypomnieć, lub po raz pierwszy zapoznać się z moją metodą rysowania, która zresztą nie dotyczy tylko ołówka, ale także każdej innej techniki wchodzącej w skład dziedziny, jaką jest rysunek w ogóle.  
Zacznę może od podstaw, które bardzo ułatwiają pracę. Dla tych, którzy pamiętają post na temat rysowania upiętych włosów - sprawa wygląda bardzo prosto i dosyć znajomo, ponieważ będziemy działać na podobnej zasadzie.  

Pierwsze co musimy zrobić, to dokładnie rozrysować kształt okularów a następnie skupić się na plamach, cieniach i kształtach, które stanowią odbicie w szkle. Te kształty musimy linearnie zaznaczyć w obszarze naszej szybki i tak jak włosy upięte, tak i te plamki oraz kształty, traktujemy jako poszczególne sektory, które następnie będziemy wypełniać grafitem. 

Zaczynamy od dokładnego rysunku każdego z kształtów. Potraktujmy je na zasadzie linii granicznych państw na mapie. Warto wykonać to dosyć delikatnie aby potem nie były one widoczne przy pokrywaniu sektorów jaśniejszymi tonacjami ołówka. 
Jeżeli zaczynamy pracę od lewej do prawej strony, dobrze rozpocząć ją od oprawki a dopiero potem skupić się na odbiciach w szkle.
Jeżeli na oprawce pojawi się światło lub połysk zwyczajnie omijamy to miejsce, bądź cieniujemy je delikatnie aby potem poprawić połysk gumką do mazania.  Często do takich detali używam gumki w ołówku Koh - I - Noora. 
Wypełniam ołówkiem kolejne sektory i zaczynam od nakładania jaśniejszych tonacji. Czyli nakładam warstwy na siebie delikatnie dociskając ołówek do kartki. Dopiero potem, w razie potrzeby, stopniowo je przyciemniam. Taka kolejność jest ważna ponieważ nie tylko wpływa na estetykę pracy ale także na jej komfort, gdyż łatwiej zawsze przyciemnić jasne, niż rozjaśnić ciemne. Co zresztą czasem, po ciężkich zmaganiach,  okazuje się być widoczne i psuje nieco efekt. Oczywiście jeżeli ktoś czuje się pewnie może od razu rysować " w ciemno " ;).


Jeżeli na okulary spadają kosmyki włosów, warto je omijać. Zwłaszcza wtedy, gdy za nimi rozciąga się ciemna przestrzeń wymagająca bardzo miękkiego grafitu i mocniejszego dociśnięcia ręki. Na takiej przestrzeni bowiem gumka do mazania może sobie nie poradzić. Jeżeli jednak zostawimy sobie takie pasemko i potem poprawimy gumką, będzie ono czystsze i bardziej widoczne. 
Z czasem przyciemniamy nasze sektory, jednocześnie minimalizując różnice między ich granicami. Czyli jeżeli tego wymagają, wykonujemy delikatne przejścia od jasnych do ciemnych tonacji lub na odwrót, pomiędzy tymi sektorami.  Czasami odbicia w okularach są niczym rozmyte plamy, a czasami są to wyraźnie odcięte pojedyncze pasma lub kształty. Jeżeli widzicie taką ostrą granicę między jasną plamą a ciemną, należy ją zaznaczyć. 

Końcowy etap to poprawki i dokładne wygładzenie ołówka. Czyli jeżeli nam przeszkadzają jakieś linie lub kreski, to zwyczajnie je łagodzimy drobniejszymi ruchami ręki. Również w grę wchodzą liczne poprawki w stylu " tu może jeszcze trochę przyciemnić ", " tu podbłyszczeć gumeczką " .
W końcowej fazie przyciemnienia dobrze jest użyć miękkiego grafitu. Ja użyłam dwóch - przez cały czas rysowałam wkładem  o miękkości B a na koniec użyłam grafit 6 B, w efekcie czego okulary wyglądają następująco :

  

No i tak....notka przeczytana, filmik obejrzany, tak więc nie pozostaje mi nic innego jak się na dzisiaj z Wami pożegnać...ale tylko na dzisiaj ;)



poniedziałek, 19 stycznia 2015

Pastele Olejne Pentel

OK ? Czy do BANI ? 


Witam Was Kochani ! Na dzisiaj przygotowałam notatkę na temat pasteli olejnych, o których chciałam napisać już jakiś czas temu, jednak ciągle pojawiały się ważniejsze tematy. Tym razem jednak postanowiłam podzielić się z Wami opinią na temat produktu, w którym pokładałam wielkie nadzieje. Bo jakby na to nie patrzeć Pentel nie jest złą marką, a przynajmniej w mojej opinii. Tym bardziej, że mój wiekowy ołówek automatyczny nadal działa i nic nie wskazuje by owa firma pod tym względem mnie zawiodła.   
Pastele zakupiłam oczywiście przypadkowo robiąc zakupy w Tesco, już jakiś czas temu. No i kiedy przychodzi do działów papierniczych to zamieniam się w srokę; bo tu mi się błyszczy, tu mi się świeci i zawsze coś do koszyka wrzucę. Kiedy wróciłam do domu, przyznam się szczerze, że byłam oszołomiona i wniebowzięta kiedy otworzyłam pudełeczko. To, co mnie na początek urzekło. to piękna gama kolorystyczna.  Nie miałam na co narzekać bo 36 sztuk we wspaniałych tonacjach barwnych potrafi zakręcić w głowie. No a potem wszystko runęło jak domek z kart. I nie byłoby w tym niczego dziwnego gdyby nie fakt, że ja bardzo rzadko marudzę jeśli chodzi o jakiekolwiek produkty i zawsze staram się dostrzegać te dobre strony ( umiejętność przydatna po zakupie obniżająca poziom rozmarudzenia i niezadowolenia ). Niestety nie ważne jak bardzo się starałam przekonać do tych pasteli, moja dezaprobata w stosunku do nich ciągle wzrastała a zaczęło się od zwykłych pomiarów wielkości. 





  • Bo jakby na to nie patrzeć pastele są mikrusie. Dla mnie zdecydowanie za małe, za....delikatne, wątłe - a dokładniej rzecz ujmując - za cienkie, w efekcie czego bardzo szybko się zacierają. Do jednego portretu, równie mikrusich rozmiarów, wykonanego tymi pastelami, zużyłam przynajmniej 2/3 sztyftu koloru łososiowego ( Różu Weneckiego), nie mówiąc już o bieli i innych kolorach. W tym momencie aby wykonać drugi portret muszę kupić drugą paczkę, ponieważ już brakuje mi niezbędnych odcieni. Ale nie kupię ponieważ bardzo przeszkadza mi ta " lekką " nieprawidłowość w odniesieniu do prędkości zużycia produktu, bo pastele olejne powinny wystarczyć przynajmniej do wykonania kilku prac, tudzież portretów ( ilość zależna od wielkości formatu). 
  • Kolejna, według mnie, wielka porażka to konsystencja. Są zdecydowanie za miękkie, przez co źle się pracuje, miesza barwy, i nakłada kolory. Bliżej im do farby aniżeli do pasteli. Konsystencja pasteli olejnych nie powinna być ani za twarda an za miękka. Powinny przypominać kredki świecowe ale z większym potencjałem zakrywania powierzchni. 
  • To, że rysowanie sztyftami utrudnia pracę nad szczegółami w ogóle, ze względu na płaskie obustronne ścięcia, to nie znaczy, że jest to niemożliwe. Zawsze dla mnie ratunkiem są ostre kanty i krawędzie. Niestety w przypadku tych pasteli, ze względu na ich miękkość i ta opcja się sypie  - zwyczajnie się nie da.
  • Ponad to utrudnione ( także przez miękkość ) nakładanie i mieszanie kolorów, również nie ułatwiło mi pracy. Kolory, na papierze czy płótnie, zwyczajnie kleją się do siebie i do sztyftów. Czasami odnosiłam wrażenie, że zbieram nowym kolorem to, co już położyłam wcześniej. Dodatkowo musiałam się nieźle natrudzić aby otrzymać gładkie przejścia między kolorami i tonacjami. Przy pastelach olejnych coś takiego nie powinno mieć miejsca.


  • Podczas pracy pastelami olejnymi normą jest, że biały kolor szybko się brudzi i aby uzyskać czystą barwę warto wytrzeć zabrudzenia chusteczką. W przypadku pasteli Pentel metodę tą musiałam stosować prawie do wszystkich kolorów, których używałam, co opóźniało czas wykończenia pracy i ujmowało przyjemności podczas rysowania. 



Bardzo jest mi przykro, że musiałam nie tylko się męczyć z pechowym produktem ale i z powodu tego, że musiałam wydać tak przykrą opinię. Nie lubię tego robić, jednak nie mogę ukrywać faktu, że według mnie pastele te są po prostu beznadziejne. Opinia poparta jest nie tylko doświadczeniem wynikającym z  użytkowania tego produktu, ale także z doświadczeniem arystycznym. I jakie by ono nie było - małe, duże, średnie, nie mnie to oceniać - to jednak miałam już wiele różnych pasteli olejnych i żadne nie zawiodły mnie tak jak te. Buuuuu :/